Macierzyństwo zawsze wydawało mi się najbardziej kobiecą rzeczą na świecie, ale chwilowo dostrzegłam potrzebę dodatkowego wzmocnienia przekazu.
Na wiosenne przesilenie, na pogodę w kratkę, na PMS, najlepsze są zakupy.
Już dawno na nich nie byłam, bo też, rzadko bywają mi potrzebne ciuchy inne niż domowy dresik, a w mojej pracy obowiązuje monotonny biały dress-code.
Nie jestem szafiarką. Mam zerową wiedzę o modzie, nie mam drygu i czasu do szperania w szmateksach ani polowania na wyprzedażach, a poza tym moja cierpliwość do dziecka wyczerpuje wszelkie zasoby cierpliwości na innych płaszczyznach życia. Ale tym razem, w lutealnej furii zostawiłam dziecko z mężem, przykazałam mu zrobić porządki, obiad i pranie, a sama poszłam sobie na zakupy.
Podziałało. Humor mam o niebo lepszy.
Z okazji udanych łowów prezentuję wam moje krzywe pęciny w obcasach, a do tego na wskroś klasyczny trencz-szlafrok, i kusa sukienka w groszki (schowana nie pod trenczem, a w szafie).
Córce kupiłam dwa bodziaki i turkusowe rajtki w kropki. Pewnie powinnam wam zaprezentować Jagodę w tych odjechanych rajtkach, ale byłam zbyt skoncentrowana na sobie, żeby jej zrobić zdjęcie…
Zakupy to mało rozsądny sposób na chandrę, biorąc pod uwagę moje aktualne bezrobocie, które rozpoczęłam oficjalnie z pierwszym dniem kwietnia, ale co tam… Przez dwa tygodnie, zanim pójdę do pracy, mogę poczuć się jak utrzymanka i utwierdzić się w przekonaniu, że mi ten stan nie leży, w przeciwieństwie do tego boskiego trenczu i bucików…
Ach… Podobnie jak Mucha (aktorka nie ministra), jestem teraz Matką Polką na Wysokich Obcasach… : )


