Recenzja Marty Rusek-Cabaj na www.stacjakultura.pl

Maciejka recenzja książki
30 Maja 2011, aktualizacja 2011-05-30 09:45:23
Oceń tekst: 1
„Najwyższy czas na wizytę u fryzjera. I na regulację brwi. I na sen. Na miłość, ślub i dziecko.”
img
Maciejka
Z lektury książki wyniosłam wiedzę odnośnie poprawnej pisowni słowa „subwoofer”, poza tym zostałam przez Karolinkę zarzucona wspomnieniami jej byłych, których bohaterka czasu swego umieściła na liście „zaliczonych” (sukcesywnie ją zresztą uzupełniając o kolejne „numerki”). Tak, tak, panowie, Karolci coraz bliżej w tych momentach do Macieja K., którego funkcje nie ograniczają się – jak widać – jedynie do roli anonimowego moralizatora w Internecie. Denerwowała mnie momentami pewna niekonsekwencja w prowadzeniu postaci, która czasami przeczyła sama sobie (czy całe zło zrzucić można na kobiecą zmienność i skomplikowaną konstrukcję osobową?). Babka bez prawa jazdy, tak jednak zainteresowana szczegółami technicznymi nowego wozu przyjaciółki, jakby była co najmniej  maniakiem czterech kółek (co przy rzeczonym braku prawka i, co się z tym wiąże, samochodu jest nieco zastanawiające). Raz narzekająca na namawiające ją do studiów koleżanki, bo i bez papierka potrafi zarobić porównywalnie do nich, jak nie więcej, innym razem nie potrafiąca wyżyć za najniższą krajową a przy tym chwaląca się kurtką od Diesla i torebką od D&G.

Zostałam wtajemniczona w wielkie dylematy Karolinki, np. czy rudy ma piegi również na swym członku (co ją od zawsze niesłychanie nurtowało), towarzyszyłam bohaterce przy okazji informacji o znalezieniu jej fig w stodole rodziców (nieco skąpa to pamiątka nocy z pewnym weterynarzem, który rozochocił się najwyraźniej dokładnym oglądem brzemiennej krowy), słuchałam wytrwale o kolejnych miłosnych podbojach narratorki (niektórzy z wyławianych w tłumie przez rodziców czy koleżanki mężczyzn zostali uprzednio przez Karolkę wypróbowani), cierpliwie czytałam o „Emilce łatwiejszej niż masturbacja” i innych barwnych postaciach.

Zagłębiałam się w fabułę i było mi coraz bardziej szkoda literackiego talentu Natalii Rogińskiej, która już na pierwszej stronie ujawniła swój dowcip i umiejętność naprawdę wdzięcznie ironizującego opisu rzeczywistości. Poszczególnym zdaniom niczego nie brakowało, miła polszczyzna mieszała się z barwnym językiem postaci z „krwi i kości”, niektóre zabiegi literackie ujmowały mnie, rysując na twarzy uśmiech czytelniczej satysfakcji. Animizacja Warszawy ze strony setnej to, według mnie, majstersztyk. Teoretycznie zwykły opis a jednak wnoszący nową jakość do naszej recepcji rzeczywistości.

Tym trudniej było mi więc zaakceptować kreację Karolinki, która przypominała mieszankę Ally McBeal (tutaj w wersji starszej i uboższej – chociażby o pieniądze czy wykształcenie), Bridget Jones (podobnie nieszczęśliwa singielka, ale przynajmniej w dobrym rozmiarze) z Carrie Bradshaw, czy może raczej – chociaż sama by się do tego nie przyznała – Samanthą Jones. Bohaterka i narratorka zarazem stanowiła ubrany w nowoczesność, acz momentami stereotypowy, towar eksportowy ze wsi do stolicy. Zazdrosna, bez zdolności językowych (wciąż trudno mi pojąć, jak mogła nauczyć się wyłącznie angielskich słów „sex”, „and” i „city”, nie rozumiejąc np. takiego „the”, które zresztą w jej mniemaniu – z racji częstotliwości występowania – musiało być niezwykle ważne), niby rozsądna, ale niekoniecznie… Zapewne wiele kobiet mogłoby się identyfikować z tą 37-latką szukającą męża i perspektyw na przyszłość, wobec czego uparcie trwający sezon łowny przy chorobliwej niemalże obsesji bohaterki na punkcie dawnego promotora oznaczonego na liście numerem pierwszym… Pozwalałam prowadzić się akcji ze słabnącą nadzieją na poprawę sytuacji. Byłam jednak w błędzie. Pozytywne rozczarowanie przyszło około 50 stron przed końcem – w moim odczuciu za późno.

Życie Karoliny nagle zmienia wiadomość o ciąży: wobec tego faktu bohaterka będzie musiała powziąć pewne decyzje, inaczej spojrzy na dotychczasowe życie i malującą się przed nią przyszłość. Od tego momentu – mogę przyznać bez wahania – przywarłam do książki i niczemu nie pozwoliłam sobie przerwać lektury. Końcówka jest, w nawiązaniu do całości, wspaniała. Zupełnie zmienia nastawienie do bohaterki, która wcześniej nieco irytowała albo wywoływała jedynie uśmiech. Żałuję, że wcześniejsze fragmenty były bardziej rozrywkowe, jednocześnie ciesząc się, że finał stanowi pewien kontrast: może to właśnie dzięki niemu „Maciejka” tak urzeka? Nie, to nie jest lektura ckliwa. Gdzie patos miesza się z pudrowym różem kręcę nosem, zarzucając nierzeczywistość postaciom i naiwność czytelnikom (w niektórych przypadkach również sobie). Ze spokojem można natomiast przysiąść nad tym delikatnym, fioletowym kwieciem (tutaj ucharakteryzowanym na pomarańczowo, z kieliszkiem i kłosem symbolizującymi symbiozę miasta i wsi) i upajać się jego mdlącym, hipnotyzującym, kojącym zapachem. Taka jest właśnie „Maciejka”.

Dodaj komentarz